Skład europejskich pucharowiczów uzupełnili Górnik Zabrze, który jako wicemistrz zagra w eliminacjach Ligi Mistrzów, Jagiellonia Białystok w Lidze Europy oraz Raków Częstochowa i GKS Katowice w Lidze Konferencji. Szczególnie historia GKS-u robi wrażenie - katowiczanie wracają do europejskich rozgrywek po 23 latach przerwy.
W Lubinie trudno jednak mówić o satysfakcji. Jeszcze kilka tygodni temu „Miedziowi” byli liderem lub wiceliderem tabeli i wszystko zależało od nich. Problem polegał jednak na tym, że za punktami przez większość sezonu nie szła jakość gry. Nawet w wielu wygranych spotkaniach zespół Leszka Ojrzyńskiego był piłkarsko słabszy od przeciwników, a korzystne wyniki często wynikały z indywidualnych przebłysków, skuteczności albo zwykłego szczęścia.
Do tego dochodził styl gry, który momentami był wręcz trudny do oglądania. Bardzo niskie posiadanie piłki, ultradefensywne ustawienie, oddawanie inicjatywy nawet słabszym rywalom i futbol oparty głównie na bronieniu oraz stałych fragmentach sprawiały, że Zagłębie było jedną z najmocniej krytykowanych drużyn w lidze mimo wysokiego miejsca w tabeli. I liczby tylko to potwierdzają.
Zagłębie zakończyło sezon na 7. miejscu z dorobkiem 48 punktów. Sam wynik nie wygląda źle, ale pozycja w tabeli nie oddaje całego obrazu. Lubinianie zdobyli 45 bramek i stracili 38, co daje dodatni bilans +7. Problem w tym, że pod względem jakości kreowanych sytuacji ofensywnych drużyna wyglądała przeciętnie nawet na tle ligowej czołówki. Wskaźnik goli oczekiwanych xG wyniósł 39,23, co było dopiero siódmym wynikiem w Ekstraklasie. Dla porównania Lech Poznań wygenerował xG na poziomie 64,34, Raków 54,84, a Jagiellonia 51,01.
Jeszcze gorzej wygląda defensywa. Wskaźnik xGA, czyli oczekiwanych straconych goli, wyniósł aż 47,50. To rezultat charakterystyczny bardziej dla zespołów walczących o utrzymanie niż dla drużyny mającej aspiracje do europejskich pucharów. Rywale regularnie dochodzili przeciwko Zagłębiu do bardzo dobrych sytuacji.
Paradoks polega na tym, że przez dużą część sezonu zespół funkcjonował ponad stan. Strzelił więcej goli niż wynikało z jakości sytuacji, a jednocześnie stracił zdecydowanie mniej, niż wskazywały okazje przeciwników. Innymi słowy - wyniki długo maskowały problemy widoczne w samej grze.
Kiedy przyszła końcówka sezonu i wzrosła presja, wszystko zaczęło się sypać. Nie wyglądało to dobrze również pod względem kontroli meczów. Średnie posiadanie piłki na poziomie 39,7 procent było jednym z najgorszych wyników w górnej części tabeli. Mniej piłkę posiadały głównie zespoły walczące o utrzymanie. Dla porównania Lech miał średnio 57,4 procent posiadania, Raków 54, a Legia ponad 52 procent.
Problemy było widać także w ofensywie. Zagłębie oddawało średnio 8,91 strzału na mecz - wyraźnie mniej od wszystkich drużyn z czołówki. Lech notował średnio 12 strzałów, Jagiellonia ponad 11, a Raków niemal 10. Lubinianie zdecydowanie częściej reagowali na wydarzenia boiskowe niż sami kontrolowali przebieg spotkań.
Wymowne są również wskaźniki punktowe. Zagłębie zakończyło sezon z 48 punktami przy modelowym wskaźniku xPoints wynoszącym 47,5. To oznacza, że tabela niemal idealnie oddała realny poziom drużyny. Nie było tutaj wielkiego pecha ani wielkiej niesprawiedliwości. Siódme miejsce po prostu odpowiadało jakości prezentowanej przez zespół.
Najbardziej boli jednak sposób, w jaki Zagłębie wypisało się z walki o puchary. W ostatnich dziesięciu meczach sezonu lubinianie zanotowali siedem porażek, dwa zwycięstwa i remis. To bilans zespołu walczącego o utrzymanie, a nie drużyny mającej realną szansę na podium.
I właśnie dlatego końcówka sezonu zostawia tak duży niedosyt. Europejskie puchary nie uciekły przez jedną kontrowersję czy pojedynczy błąd sędziego. Uciekły dlatego, że Zagłębie przez wiele miesięcy balansowało na granicy wyników lepszych niż sama gra. Gdy przestały zgadzać się detale, cała konstrukcja zaczęła się rozsypywać.
Coraz częściej pojawiają się też pytania dotyczące samego warsztatu Leszka Ojrzyńskiego. Wyniki przez długi czas go broniły, ale styl gry był momentami dramatyczny. Nawet wielu kibiców Zagłębia zaczęło zwyczajnie męczyć się oglądaniem własnej drużyny. Co najbardziej niepokojące - trudno było dostrzec progres. Wręcz przeciwnie. Z meczu na mecz zespół wyglądał coraz gorzej piłkarsko.
Zajęcie 7. miejsca oznacza również, że mimo bardzo sprzyjających okoliczności Zagłębie nie zdołało poprawić wyniku z sezonu 2018/2019, kiedy za kadencji prezesa Mateusza Dróżdża drużyna prowadzona najpierw przez Mariusza Lewandowskiego i następnie Bena van Daela zakończyła rozgrywki na 6. pozycji.
Mało prawdopodobne, by tak szalony sezon znów się powtórzył i faworyci znów będą gubić hurtowo punkty. Jeśli Zagłębie się nie poprawi, to wróci do ustawień fabrycznych i znów będzie walczyło o ligowy byt. A czy Leszek Ojrzyński wyciągnie wnioski? Niestety, przestajemy w to wierzyć. Zbyt wiele mówił o konieczności poprawy, a nie przekładał tego na mecze. Zagłębie - z drobnymi wyjątkami - grało tak samo. Niestety, tak samo źle.
