Marek Papszun (trener Rakowa Częstochowa)
- O meczu mogę powiedzieć to samo, co w szatni do zawodników. Po ludzku jest mi ich po prostu szkoda. Pokazali charakter, grając przez 55 minut w dziesięciu, zaledwie 66 godzin po meczu pucharowym, w swoim 31. spotkaniu w tym sezonie. Na boisku nie było widać różnicy. Jeśli już miałbym wskazać zespół lepszy, to byliśmy nim my. Niestety, taka jest piłka - jedna akcja przesądziła o wyniku.
- Bardzo żałuję. Zależało mi na tym, by wygrać ostatni mecz i zakończyć rundę na pierwszym miejscu, ale nie można mieć wszystkiego. Jesteśmy punkt od lidera i na wiosnę będziemy walczyć o fotel lidera.
- Jakie odczucia mi towarzyszyły? Przede wszystkim determinacja, żeby spiąć to wszystko klamrą i zakończyć rundę na pierwszym miejscu. Mimo tej sytuacji, która wydarzyła się na koniec, mam do większości ludzi z Rakowa ogromny szacunek. Kto nie ma szacunku do mnie, do tego ja również go mieć nie będę - ale to chyba normalne.
- Po powrocie do Rakowa spędziłem tutaj bardzo dobre chwile. Miałem odbudować drużynę i ponownie powalczyć o najwyższe cele - i to się wydarzyło. Mistrzostwo przegrane jednym strzałem to wciąż sukces. Udało nam się połączyć grę w trzech rozgrywkach, co daje mi dużą satysfakcję i ogromne doświadczenie. Całe zamieszanie, które się wokół tego pojawiło, odbieram finalnie pozytywnie. Ta sytuacja wiele mnie nauczyła i wzmocniła więzi z najbliższymi osobami, którym ufam. To dla mnie największa wartość ostatnich tygodni.
- Wróciłem do Rakowa na prośbę Michała Świerczewskiego. Pomogłem ponownie wprowadzić ten klub na najwyższe obroty. Bardzo mnie to kosztowało - wymagało bezwzględnego poświęcenia i ogromnego wysiłku. Nie mówię tego, żeby narzekać, bo nie ma innej drogi. Jestem dumny z tych sukcesów i bardzo wdzięczny wszystkim swoim współpracownikom.
- Nie zrobiłem nic złego. Wszyscy wiedzieli, że mam propozycję z Legii - ja jedynie to potwierdziłem, a mimo to wylał się na mnie hejt. Transparenty z hasłami o „sprzedawczyku” czy „Judaszu” to było o dwa kroki za daleko. Żyjemy w XXI wieku, w cywilizowanym świecie, i każdy ma prawo decydować o sobie. Przez tyle lat nie dałem żadnych argumentów, by tak o mnie myśleć.
- Dziś byłem na Jasnej Górze. Ludzie podchodzili do mnie, chcieli robić zdjęcia. Czułem, że jestem tutaj szanowany. Nie mam w sobie złości ani żalu - wręcz przeciwnie. Chcę podziękować kibicom za wszystkie mecze, ale nie tylko za to. Przy tak małej pojemności stadionu wielu z nich nie może być obecnych na trybunach. Dzięki takim ludziom czuję się naprawdę doceniony. Czułem wsparcie na każdym kroku, nawet w trudniejszych momentach, jak po szóstej kolejce tego sezonu, gdy byliśmy na dnie tabeli.
